<title_newspaper="Przekrj"> 
<title_article="Kariera kolarza"> 
<author_1=Zb. K. Rogowski>
<author_2=>
<language=pl> 
<style=press> 
<year="1954">
<month="6">
<date=1954-06-06>
<period=w> 
<status=1_obieg>
<support=paper>
Na przedostatnim etapie ze Stalinogrodu do odzi postanowilimy zastosowa poprzedni taktyk. Na pierwszych kilometrach nie byo godnych uwagi wydarze. Dopiero po 40-tym kilometrze zawrzao na szosie, gdy podjo ucieczk 6-ciu kolarzy z Pawlisiakiem na czele. Pognalimy razem z Wilczewskim za uciekinierami i po kilku kilometrach doszlimy ich. 90 km przed met, Mietek zapawszy gum zostaje w tyle. Dalej jad bez niego.
W Piotrkowie wygrywam lotny finisz. Krci mi si doskonale. Nie jestem dzi nic zmczony.
Wpadam na ulic odzi. Do stadionu jeszcze 3 km. Staram si uciec na kocich bach mojemu przeladowcy Pawlisiakowi. Stary wyga kolarski czuje si jednak pewnie nawet na najgorszej nawierzchni. Sunie tu za mn, sysz jego ciki oddech. Kilkadziesit metrw dalej naciska peday Ruiczka. Jad wci na pierwszej pozycji. Bezskutecznie prosz Pawlisiaka o zmian. Twierdzi i nie moe mi jej da. Wpadamy na stadion.
Prowadz przez cay czas jadc po mniejszym obwodzie bieni. Na ostatniej prostej jestem wci pierwszy. W nastpnym uamku sekundy Pawlisiak przypuszcza generalny atak. Powziem byskawiczn decyzj: w poowie prostej resztk si rzuc si do morderczego finiszu. Teraz! Szarpnem gwatownie rowerem do przodu, podrywajc zbyt wysoko koo i wtedy stao si co najgorszego, co moe spotka kolarza! Na ostatnich metrach przed lini mety, gdy zdawao si, e zwycistwo mam ju w kieszeni przewrciem si na ziemi. Entuzjazm widowni zmieni si nagle w krzyk rozpaczy  te krtkie chwile, ktre leaem na bieni szamocc si z rowerem (nie mogem wycign nogi z noska) wyday mi si wiekiem. Gdy wreszcie wygrzebaem si spod roweru, chwyciem pokrzywion maszyn i zaczem biec w stron mety. Obejrzaem si. Zza wirau wyjecha Ruiczka. 
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language>
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
